Jump to content
Sign in to follow this  
Jeżyk

Wiersze - modlitwy

Recommended Posts

ada    0

Tak na poprawę humoru... Mnie zawsze ten wiersz, ilekroć wpadnie mi w ręce, sprawia, że jakoś tak łatwiej...

 

Gdy szumią wichry wokół

Gdy pierś się z bólu kraje

Natenczas dobry Anioł

Przy boku twoim staje

 

Na głowe udręczoną

Swe miękkie kładzie ręce

I nie da rwać ci serca

bezbrzeżnej życia męce

 

Balsamem wiary koi

Rozpacze i zwątpienia

I zasmuconą duszę

Miłościa rozpromienia

 

Tak od kolebki samej

Aż do żywota końca

Ten dobry Anioł czuwa

Jaśniejąc blaskiem słońca

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

Ado, wiersz jest rzeczywiście bardzo ładny i taki naturalny, prawdziwy. A ja znalazłem w necie również ciekawy i jest w nim mowa także o aniołku, może takim bez skrzydełek ale za to z anielską duszą:

 

Gdzieś w zakamarkach duszy

Dziecięce wspomnienie się chowa.

Chciałabym przeżyć moje życie,

Tak jeszcze raz…całkiem od nowa…

Bym mogła wrócić do tamtych chwil…

Żeby, jak dziecko być szczęśliwa…

I nie pamiętać, że płyną dni...

W dawnych marzeniach się ukrywać…

Na boso biegać znów radośnie…

I z przyjaciółmi zagrać w klasy…

Pierwszej miłości poczuć wiosnę...

Ach jak beztroskie były czasy...

Teraz też cudnie jest na świecie,

Dziś inna troska mnie nurtuje

I choć na łące piękne kwiecie...

Ja bosych stóp już tak nie czuję…

 

/Autor: Tamiss/

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

Z dzienniczka siostry Faustyny

 

św. Faustyna

 

+ W pewnej chwili bardzo pragnęłam przystąpić do Komunii św.. ale miałam pewną wątpliwość, i nie przystąpiłam. Cierpiałam z tego powodu strasznie. Zdawało mi się, że mi serce pęknie z bólu. Kiedy zajęłam się pracą, pełna gorzkości w sercu, nagle stanął Je­zus przy mnie i rzekł mi: Córko moja, nie opuszczaj Komunii św., chyba wtenczas, kiedy wiesz dobrze, że upadłaś ciężko, poza tym niech cię nie powstrzymują żadne wątpliwości w łączeniu się ze mną w mojej tajemnicy miłości. Drobne twoje usterki znikną w mojej mi­łości, jak źdźbło słomy rzucone na wielki żar. Wiedz o tym, że zas­mucasz mnie bardzo, kiedy mnie opuszczasz w Komunii św. (Dz. 156)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

Adam Asnyk

 

Najpiękniejsze piosnki

 

Najpiękniejszych moich piosnek

Nauczyła mnie dzieweczka,

Mistrzem bowiem były dla mnie

Harmonijne jej usteczka.

Te usteczka brzmiały zawsze

Jakąś piosnką świeżą, nową,

Każdy uśmiech był melodią,

Śpiewem było każde słowo.

Wszystko o czym serce śniło,

Wszystko, o czym nawet nie śni,

Odbijało się w jej oczach

I płynęło w słodkiej pieśni.

Więc mnie zawsze przy jej boku,

Wpatrzonego w jej oblicze,

Kołysały śpiewne mary,

Czarodziejskich brzmień słodycze.

Czegom uchem nie dosłyszał,

Czegom wzrokiem nie doczytał,

Tom z usteczek koralowych

Sam ustami swymi chwytał.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

`````````````````````````````

"Od kolebki biegła za mną

Czarodziejska baśń tęczowa

I szeptała wciąż do ucha

Melodyjne zaklęć słowa.

Urodzona nad wieczorem

Z cichych gawęd mych piastunek,

Spała ze mną, na mych ustach

Kładąc we śnie pocałunek.

I budziła się wraz ze mną,

I wraz ze mną ciągle rosła,

I z kołyski na swych skrzydłach

W jakiś dziwny świat mnie niosła...

Ponad morza purpurowe,

Ponad srebrne niosła rzeki,

Po zwodzonym moście tęczy

W cudowności świat daleki...

Otworzyła mi zaklęciem

Brylantowy w skałach parów

I wkroczyłem raz na zawsze

W kraj olbrzymów, widm i czarów.

I zamknęły za mną wrota

Jakieś wróżki czy boginie,

Więc na całą życia kolej

Szedłem błądzić w tej krainie.

W tej krainie, w której wszystko

Ożywioną bierze postać,

W której każdy głaz ma duszę

I człowiekiem pragnie zostać..."

 

(Adam Asnyk)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

Coś stosownego na jesienne szare dni :

 

 

sł. Kazimierz Winkler

 

Babie lato wolno płynie przez jesienny park

Z dala ktoś na mandolinie kołysankę gra.

Chodźmy, miły, pod nasz stary dąb

Jakże kocham ciepło twoich rąk!

Pomyśl ile to już lat idziemy przez ten świat.

Spostrzegłam dzisiaj pierwszy siwy włos

Na twojej skroni

I widzisz, miły, przed wzruszeniem

Trudno się obronić.

Mam przecież w oczach dzień ,

Gdy pierwszy raz ujrzałam ciebie,

Pamiętam każde słowo,

Każdy uśmiech twój.

Czas nie ostudzi ludzkich serc,

Gdy mocna miłość płonie.

Całuję pierwszy siwy włos, co zalśnił na twej skroni.

Tak piękną mamy jesień, miły,

Cichą i pogodną.

Spójrz, jak babiego lata płynie srebrna nić.

Jak obłoki dwa łabędzie przecinają staw.

Człowiek zawsze wracać będzie

Do lirycznych spraw.

Chodźmy, już się kryje słońca blask.

W domu dzieci oczekują nas.

Pomyśl ile to już lat idziemy przez ten świat.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

Równowaga między tym, co świadome i nieświadome,

między życiem wewnętrznym i zewnętrznym–

to ideał zdrowego człowieka.

 

Porządek w środku, porządek na zewnątrz.

Jeśli dojdziemy do ładu z własnym wnętrzem,

wówczas to,co zewnętrzne, samo się ułoży.

 

Każdy tworzy sam siebie, swoją wartość,

swoje życie zgodnie ze swoimi myślami i uczuciami,

postawami przekonaniami, wyborami i decyzjami.

Jest wolny i odpowiedzialny za to,co myśli

i robi w tej chwili i za przyszłość.

Nie może winić innych za to,jaki jest i jak mu się powodzi.

 

Świat zewnętrzny jest odbiciem świata wewnętrznego.

W świecie wewnętrznym można znaleźć nieskończoną

Mądrość, nieskończoną Moc i nieskończony

zasób wszystkiego co potrzebne.

Wszystko to czeka na odkrycie, rozwinięcie i uzewnętrznienie.

Jeżeli rozpoznamy ten potencjał drzemiący we własnym wnętrzu,

urzeczywistni się on w świecie zewnętrznym.

/ Charles F.Haanel,/

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

NA LIPĘ SŁOWIAŃSKĄ

 

Lipo zielona! Drzewo ojczyste,

Co na mnie kwiaty strzęsasz złociste

I cień daleki rzucasz dokoła -

Drzewo rodzinne, ozdobo sioła:

Twoich gałęzi mnogie ramiona -

Jako słowiańskie nasze plemiona -

W jednym pniu silnym w ziemi się łączą,

Jeden kwiat sypią i miody sączą.

Gdy Niemiec z ciebie skórę obdziera,

Gdy cię waragska rąbie siekiera,

Ty jednak, silna, w następnym lecie

Znowu też same rozrzucasz kwiecie.

Ludy słowiańskie! Toż my podobnie

Jak nasza lipa rostąc nadobnie

Przetrwali długie dziejowe burze,

Pioruny, grady i wichry duże.

Z gałęzi naszych cóż nie zrobiono!

Spójrzcie na Polskę na grób schyloną:

A toż to z one j, o bracia wierni,

Krzyż się ogromny na ziemi czerni.

Z krainy serbskiej, z tej ziemi bólu,

Sterczą mogiły w Kosowym Polu;

Z Czech światosławnych, z wielkiej Morawy

Krew płynie w srebrnych nurtach Wełtawy;

Nasze Pomorze, sławne przed laty,

Niecnota Niemiec zmienia w warsztaty.

Lipo słowiańska! Gdzie twoja chwała?

Czyś ty już, nasza lipo, spróchniała?

Nicże już więcej z ciebie nie będzie,

Jak krzyż i warsztat na naszej grzędzie?

- Oj, cicho, pisklę! Moje konary

Jeszcze się zdadzą królom na mary.

Oj, cicho, pisklę! Ucisz swe płacze!

Z mojego drzewa skrzypki prostacze

Nastrój na nutę wielką, podniosłą,

Żeby w tym ludu serce urosło,

Żeby zagrały wszystkie krwi krople,

Żeby ta chwała, co leży w Gople,

Buchnęła w niebo z swojej mogiły,

Żeby się słońca dwa rozświeciły:

Jedno - to jasne na modrej fali,

Drugie - słowiańskie z słowa i stali!

 

/Teofil Lenartowicz/

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

Zapraszam na chwilę wytchnienia od konkursowych zawiłości. Wiem że taki przerywnik dobrze robi. Czasem jak mam jakis trudny problem do rozwiązania, i tak z marszu nie mogę sobie z nim poradzić , wtedy go odkładam na pewien czas i po tym przerywniku zwykle udaje mi się go rozwiązać. Sądzę że z konkursowymi pytaniami bedzie podobnie.

 

Grenada - (tłum.J.Tuwim)

 

Jechaliśmy stępa,

Pędziliśmy w kłębach

I Jábłoczko - piosnkę

Trzymaliśmy w zębach.

Ach, piosnkę tę dotąd

Na pewno pamięta

Malachit stepowy,

Murawa pomięta.

Lecz inną pieśń jeszcze,

w o obcym narodzie,

Do siodła przytroczył

Towarzysz w pochodzie

l śpiewał, choć rodak,

Tutejszy jak ja;

- Grenada, Grenada,

Grenada majá!

 

Na pamięć tę piosnkę

Jak pacierz znał Pański,

I skąd do mołojca

Ten smutek hiszpański?

Kijowie! Połtawo!

Od kiedyż w te strony

Przybyły z Grenady

Hiszpańskie canzony?

Nie w twoimż to zbożu,

Ukrajno śród żniwa,

Tarasa Szewczenki

Papacha spoczywa?

Więc skąd, przyjacielu,

W piosence twej łka:

- Grenada, Grenada,

Grenada majá!

 

A chochoł-marzyciel

Po małej chwileczce

Powiada: "Grenadę

Znalazłem w książeczce.

Wysoki to honor

Tak piękne mieć imię,

Jest powiat grenadzki

W hiszpańskiej krainie.

Ja chatę porzucił

I walczyć szedł po tom,

Że ziemię w Grenadzie

Ja oddać chcę chłopom.

Żegnajcie, najmilsi,

Powrócę, Bóg da!"

Grenada, Grenada,

Grenada majá!

 

Pędziliśmy w znoju,

By poznać dokładnie

Gramatykę boju

I słowa armatnie.

Świt wstawał na niebie,

By znowu się schować,

I koń się utrudził

Po stepie cwałować.

Lecz Jábłoczko szwadron

Wciąż grał bez wytchnienia

Na skrzypcach epoki

Smyczkami cierpienia.

I gdzież, przyjacielu,

Podziała się ta

- Grenada, Grenada,

Grenada majá!

 

Na ziemię od kuli

Zwaliło się ciało,

Rozstało się z siodłem,

A nigdy nie chciało.

Nad trupem się księżyc

Potoczył jak łza,

I wargi martwiejąc

Szepnęły: Grena..."

Daleko, za chmury,

Unosząc swa mękę,

Przyjaciel mój poszedł

I zabrał piosenkę,

I nikt już nie słyszał

Od tego dnia:

- Grenada, Grenada,

Grenada majá!

 

A szwadron kolegę

Bez żalu pogrzebał

I Jábłoczko - piosnkę

Do końca dośpiewał.

I tylko z niebiosów

Opadła nad nami

Łza deszczu maleńka

Na zmierzchu aksamit.

I cóż wy, najmilsi?

Za pieśnią tęsknicie?

Nie wolno! Pieśń nową

Złożyło nam życie!

I składa, i składa,

I naprzód nas gna!

- Grenada, Grenada,

Grenada majá!

 

Swietłow Michaił Arkadjewicz (1903-1964), rosyjski poeta i dramaturg.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

Proponuję dla wyciszenia nerwów obrazek z dawnych lat. Świetnie sie czyta, a przy okazji można cofnąć się w czasie o wiele dziesięcioleci:

 

WIESŁAW

(Sielanka krakowska)

 

Kazimierz Brodziński

 

Z żoną Stanisław wychodzi z komory,

Wnosi do izby dwa pieniężne wory,

Czterysta złotych ułożył na ławie

I tak powiada: "Zgarniej to, Wiesławie!

Jedź do Krakowa, a za te talary

Kup mi dwa konie i wybierz do pary.

Syn mój jedyny na wojnie zabity,

Mnie schyla niemoc i wiek nieużyty,

Nie mam z chudobą poufać się komu,

Ty prawą ręką jesteś w moim domu,

A skoro pomrę, tyś rodziny głowa.

Jeśli, daj Boże! córka się uchowa -

Ma lat dwanaście, nieskąpo urody -

Możesz jej czekać, sameś jeszcze młody".

"Tak jest, dla ciebie - Bronisława powie

Strzegę tej córki jakby oka w głowie.

A cóż droższego mieć możesz od matki?

Jedneć to moje przed grobem dostatki".

Bronika matkę objęła za szyję

I wstyd rumiany na jej piersi kryje,

Lecz pusty uśmiech zwraca na Wiesława.

A dalij smutna rzekła Bronisława:

"Miałam ja drugą, litościwy Boże!

Oko się za nią przepłakać: nie może;

Zaledwie piąty kwitnął owoc sadu,

Gdy mi zniknęła jako cień bez śladu.

Już to dwunastym liściem wiatr pomiata,

Jak myśli matki zatruwa jej strata.

Gdy Moskwa polskie dobijała plemię,

W pustkach wsie stały a odłogiem ziemie;

Okólnych lasów i wiosek pożary

Gniewu Bożego zwiastowały kary;

Z wiatrem, co strzechy i konary walił,

Do nas wróg przybył i wioskę zapalił.

Dzień to był sądu; - śród płaczu i gwaru,

Wśród ciemnej nocy, wichrów i pożaru,

Razem rolnicy ku obronie bieżą,

Razem się wojsko ciśnie za grabieżą;

W tej walce z dymem znikła nasza strzecha;

Wtedy mi córka, jedyna pociecha,

Znikła bez śladu. Przez długie ja czasy

Chodziłam za nią na wioski i lasy;

Ale jak kamień do Wisły rzucony

Zniknęła wiecznie, głuche wszystkie strony,

Co dzień do kłosów przychodzą oracze,

A ja dziecięcia nigdy nie zobaczę.

Na świat szeroki próżno rzucać oko,

Świat nie pocieszy i niebo wysoko.

Niech wola Boska będzie, Boska chwała.

Ciebiem ja za nie, synu! wychowała,

Bo gdzie sierota przyjęta pod strzechę,

Tam z niebem bliższy Bóg zsyła pociechę.

Może też moje utracone dziecię

Podobnie kędyś na szerokim świecie

Litość znalazło; żyje gdzie u matki

Pomiędzy własne policzone dziatki.

W takiej ja myśli, po ojców twych stracie,

Ciebie małego wychowałam w chacie.

Litość za litość. - Niebieska opieka

Tajnie nagradza uczynki człowieka.

A jeśli ziemia strawiła jej kości,

Swobodna dusza w krainach przyszłości

Igra wesoło przy niebieskiej matce

I łaskę nieba zwabia naszej chatce".

Tu Bronisława zalała się łzami.

Rade łzy płyną za matki myślami;

Płakała zaraz i córka przy boku,

Lecz łzy, męskiemu nieprzystojne oku,

Kryjąc Stanisław, karci smutek żony:

"Jaki los w niebie komu naznaczony,

Próżno się troskać; Bóg siedząc wysoko

Nad całym światem opatrzne ma oko,

Wszakci On ojcem na wieki i wszędzie,

Co pod Nim było, pod Nim jest i będzie;

Lepsze nad smutek ufanie pobożne.

Idź! Wiesławowi przygotuj nadrożne.

Ty wyjdź o świcie, a chroń się przygody,

Bo zawsze wiele ufa sobie młody;

Przynieś twej przyszłej podarunek z drogi!"

Wiesław obojgu kornie ścisnął nogi

I wyszedł z chaty przenikniony cały,

Że takich ojców niebiosa mu dały.

 

Cdn.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Falkhor    63

Nie ma to, jak od czasu do czasu przeczytać twórczość prawdziwego sentymentalisty.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

II

Już wonny wieczór uśmiechał się ziemi,

Gdy wracał Wiesław z końmi kupionemi.

Z przydrożnej wioski rozlega się granie,

Słychać wesołe pląsy i śpiewanie.

Parskając konie bieżą po gościeńcu,

Widać dziewoje przy rucianym wieńcu,

Biją drużbowie w podkówki ze stali,

A gdy wędrowca mile powitali,

Tak rzekł starosta, zarządca wesela:

"Dobrze to w każdym zyskać przyjaciela!

Witajcież do nas, wy z proszowskiej ziemi!

Nie chciejcie gardzić dary ubogiemi,

Pożyjcie z nami, czym tu gospodarzy

Wdzięczna prac rola i dobry Bóg darzy.

Napatrzycie się krakowskim dziewojom,

Wymyślnym tańcom i przecudnym strojom,

Wreszcie i w tany sunąć nie zaszkodzi,

Bo choć strudzeni, widzę, żeście młodzi".

Na to Halina przystępuje młoda,

W całym weselu najpierwsza uroda,

Wstydzi się, wstydzi, jednak przed nim staje,

Ciasto z koszyka i owoc podaje:

"Obcy wędrowcze! jużci przyjąć trzeba

Naszych owoców i naszego chleba!"

A przy tym uśmiech jakowyś uroczy

Zwrócił na siebie wędrownika oczy;

I zwrócił tyle, że odtąd jedynie

Okiem i duszą został przy Halinie.

Wchodzi do izby na wesołe tany

Z kubkiem od drużbów Wiesław powitany;

Potem starosta, zarządca wesela,

W te słowa drużbom porady udziela:

"Jużci pierwszeństwo zostawcie obcemu,

Niech idzie w tany, niech też po swojemu

Skrzypkom zanuci, dziewoję wybierze;

Bo z obcym trzeba uczciwie i szczerze".

I wybrał druhnę, której wdzięk uroczy

Zwrócił na siebie wędrownika oczy;

Na przód wychodzi, przed muzyką staje,

Halina w pląsach rękę mu podaje;

Za nim się w koło młodzieńcy zebrali,

Nucą i biją w podkówki ze stali.

Wciąż mając w uszach i śpiewy, i granie,

W sercu niepokój, a myśli jedynie

Krążą niewolne przy pięknej Halinie.

 

Cdn.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

Tematy mamy ostatnio dość nerwowe, więc dla odprężenia proponuję III-cią część "Wiesława"

 

III

Pospieszał Wiesław i lasem, i polem,

Ale się ostać nie może przed bólem,

Bo gdy chęć jedna raz serce osiędzie,

Daremny namysł i rozsądek będzie.

Przeto co myślał, co czynić przystało,

Stanowi wyznać otwarcie i śmiało.

Oczekiwany wjechał do podwórka.

Wybiegi Stanisław i matka, i córka;

Głaszczą koniki i wiążą u płotu,

Cieszą się wszyscy z prędkiego powrotu,

Z taniości kupna i z koników radzi;

Sam je Stanisław do stajni prowadzi,

Rychłą wieczerzę rozkazuje matce.

Skoro milczący Wiesław usiadł w chatce,

Matka go z córką o zdrowie pytały;

Milcząc Bronice dał gościniec mały.

Przybył też razem i sąsiad ciekawy,

Dobry do rady, dobry do zabawy,

Jan, co za stołem niejednym już siadał,

Jak mądrze myślał, tak i prawdę gadał;

Ale się wszystkim dziwno wydawało,

Że Wiesław smutny i mówi tak mało.

Wszedł i gospodarz, do stołu zasiedli,

Skromną wieczerzę przy rozmowach jedli;

Matka zaś oka nie spuści z Wiesława,

Dziwną w nim jakąś odmianę poznawa.

"Powiedz nam - mówi - co tobie się stało,

Że smutny siedzisz i mówisz tak mało?

Milczący zawsze sam sobie zaszkodzi,

Nigdy młodemu skrytość się nie godzi".

On spuścił oczy, wstydem się zapłonił,

Stanisławowi do nóg się ukłonił

I zaczął mówić słowy takowymi:

"Prawda, że szczerze trzeba ze starszymi,

Oni porywczej młodości wybaczą

I mądrą radę zawsze podać raczą.

Czemużem w domu nie został na wieki,

Wdzięczen łask tylu i waszej opieki,

Przy waszym pługu chodziłbym spokojny,

Anibym zaznał trudnej z sercem wojny.

Lecz darmo człowiek sam o sobie radzi,

Inaczej myśli Bóg o swej czeladzi;

Prędki, bez wieści spada wyrok boski.

Na mojej drodze pośród jednej wioski

Poznałem druhnę, której wdzięk uroczy

Zabrał mi serce i zniewolił oczy;

I tyle sprawił, że odtąd jedynie

Sercem i duszą jestem przy Halinie.

Ojcowie moi już królują w niebie,

Wyście sierotę przyjęli do siebie,

Nie żałowali ni trosków, ni chleba,

Uczyli pracy i bojaźni nieba.

Dziś jedynaczkę córkę w swojej chacie

Dla mnie w zamęście i z wianem chowacie;

Jeszcze - mówicie - byłem dzieckiem małem,

Gdy ją w tych kątach sobie kołysałem.

Ni mię niewdzięczność, ani harda dusza

Odkryć przed wami tę boleść przymusza,

Ale mi rada niedościgła w niebie

Weźmie dobytek krwawo dochowany,

Gołe i głuche zostawi im ściany,

Gdzie zapomniani samotne Izy sączą,

Gdy córkę z obcym obowiązki łączą;

Przeto już dawne były myśli moje,

Bym ich przy sobie połączył oboje,

Ażeby matka kiedyś, po mej stracie,

Teściny w obcej nie służyła chacie;

Lecz myśli niczym, gdy Bóg nie dozwoli;

Przeto, Wiesławie! oddaję twej woli:

Uproszę Jana, wezwiej jego rady,

Może sam z tobą uda się na zwiady,

Może się wszystko inaczej wyświeci,

Co z wiatrem przyszło, to z wiatrem przeleci.

Lecz jeśli przyszła serce tobie święci,

Jeśli rodziny poznasz dobre chęci,

Uproś sąsiada, niechaj zacznie swaty,

Jak syn synową przywiedź mi do chaty.

 

Cdn.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

IV

Idzie Jan z tęsknym Wiesławom na zwiady,

Wiesław daleko przed nim znaczy ślady,

Bo go i miłość, i młodzieńcza siła

Przez góry, doły prędzej prowadziła.

A gdy przybyli, gdzie mieszkała córka,

Taką pieśń nucą za płotem podwórka:

"Kwiatami grzęda osuta,

Kwitnie rozmaryn i ruta,

Na okienku wianek leży,

Jest tu córka dla młodzieży.

Przyjdzie młodzian z obcych błoni,

Ojcu, matce się pokłoni;

Zerwie panna swoje kwiaty,

Do teściowej pójdzie chaty.

Raz ostatni, rozmaryny!

Uwieńczycie skroń dziewczyny;

Zielona ruto na grzędzie!

Nikt cię polewać nie będzie.

Schludna chata, choć uboga,

Za rządnością pomoc Boga.

Skrzeczy sroka na jaworze

Panna stroi się w komorze.

Otwierajcież! przyszli goście!

I życzliwie w dom zaproście;

Chociaż obcym, bądźcie radzi:

Dobra nas tu chęć prowadzi".

Wyjrzała oknem od kądzieli matka,

Skrzypła zapora, otwarła się chatka,

Wszedł Jan sędziwy, Wiesław okazały

Głową wyniosłą dosięgną! powały,

Jadwiga rzekła: "Witajcie nam, goście!

Siądźcie i z Bogiem dobrą wieść przynoście!"

Z komory wyszła Halina z rumieńcem,

Skłoniła głowę przed znanym młodzieńcem,

A Jan powiedział: "Oj! widzę, że godne

I starca drogi lica tak urodne".

Kiedy Halina słyszy taką mowę,

Rumianych wdzięków przybyło połowę;

Koszyk podróżny zdejmuje z młodziana,

Bierze i laskę sędziwego Jana.

Wnet czystą ławkę do stołu przynosi,

A matka gości do spoczynku prosi;

Mówi do ucha stydliwej Halinie:

"Niech się roznieci ogień na kominie,

o bym bez ciebie przepłakała życie".

Tak się ścisnęły lejąc łzy obficie.

A Jan milczący bacznie radość chowa;

Wykraść się chciały niecierpliwe słowa,

Bo dusza pełną była ważnych myśli;

Na twarzy tylko wesele się kreśli.

Chciał mówić Wiesław, ale go Jan bacznie

Ostrzegł po cichu i tak mówić zacznie:

"Ważne mi, ważne zwiastują się rzeczy,

Jest Bóg, co ludzkie sprawy ma na pieczy.

Chwała mu wieczna! - Miła gospodyni

Niechaj z ufnością, co powiem, uczyni,

Bo z serca idzie szczera moja rada.

Uproście koni z wozem u sąsiada,

A tę życzliwość hojnie mu wróciemy,

Bo wszyscy w drogę wybrać się musiemy.

Szczęścia spólnego wybiła godzina,

Pozna Halinę Wiesława rodzina".

 

Cdn.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

V

Wartko wóz toczą parskające konie,

Mijają mostki i zgórki, i błonie.

Cała rodzina siedzi zadumana.

Wesołość tylko nie opuszcza Jana,

Bo radość w sercu utajoną żywi,

Że dwie rodziny wrychle uszczęśliwi.

Przydrożne lipy długie ścielą cienie,

Gore nad lasem niebieskie sklepienie

I rzeźwą wonią tchnie wieczór pogodny.

Jest blisko drogi gościniec wygodny,

Tam każą stanąć, bo choć wioska bliska,

Jednak ją dzielą zarosłe stawiska.

Przeto, nim wokół jadący okrąży,

Pieszy ścieżkami trzykroć pierwej zdąży.

Idą wiec wszyscy ścieżkami wesoło,

A wóz pył wznosi okrążając koło.

Dziwnie Haliny twarz się uwesela,

Swawolna, więcej mówić się ośmiela.

Przebyli kładki i zaczepne krzewy;

Z błoni pastusze ozwały się śpiewy,

Które jej bardzo do serca trafiły;

Tak na weselu nucił Wiesław miły.

A Jan uważnie poglądał jej w lica,

Czy jej nie będzie znaną okolica.

Wtem uroczyście od kościelnej wieży

Dzwon na modlitwę głos po rosie szerzy;

Pobożnie wszyscy padli na kolana,

A twarz Haliny od zorzy oblana

Podobną była do twarzy anioła,

Ale tęsknocie wytrzymać nie zdoła,

Do dziwnych marzeń głos dzwonka ją skłonił

I nie zważaną łzę z oka jej zronił.

A idąc dalej na zgórku stanęli.

Już tylko wioskę jedno błonie dzieli,

Z którego krzycząc swawolne pachołki

Spędzają na most i krówki, i wołki.

Skrzypią z ról czarnych wracające pługi,

A cała wioska jako ogród długi

W kwitnących sadach niskie strzechy kryje,

Z których dym kręty ku niebu się wije.

A stary kościół z blaszanymi szczyty

Ponad wsią błyszczy lipami zakryty.

Wieża, z której dzwon o milę donosi,

Już pogrzeb piątym pokoleniom głosi.

Gdy tak na wszystkie poglądają strony,

Jan się zapytał na laskę schylony:

"Jak ci się zdaje to nasze siedlisko?

Chata Wiesława już tu bardzo blisko".

Ale Halina w jedną patrzy stronę;

Bijące łono, usta otworzone

Poznać dawały wielkie zadumienie,

Błogie się w serce cisnęło spomnienie.

Nie mogła mówić, bo w takowym stanie

Każdy jej oddech zajmowało łkanie.

Dalej przy miedzy naprzeciwko chaty

Stoi krzyż Pański pochylony z laty,

Wokoło wierzby i zielona trawka;

Tam wiejskich dzieci niedzielna zabawka.

Tu już Halina pada na kolana,

W dłonie uderza i mówi do Jana:

"Mocny mój Boże! toć moja rodzina!

Gdzie moja matka, gdzie matka jedyna?

Jeśli już w grobie, na grób jej pójść muszę,

Tu utęsknioną niech wyzionę duszę!

Tu się bawiałam, tu zbierałam kwiatki.

Ale nie widzę rodzicielskiej chatki,

Bo tu inaczej wszystko dawniej stało,

Nie tak, jak mi się w pamięci zjawiało".

Tu Jan o ziemię kij i czapkę rzucił,

Klęknął i pod krzyż łzawe oko zwrócił;

"Tu najprzód - rzecze - na kolana padaj,

Tu się nie pytaj, ale dzięki składaj,

Widzisz tę ziemię, jak jest wydeptana,

Twoja to matka, matka żałowana,

W modłach za tobą tak ją wyklęczała.

Bóg nas doświadcza, Bogu zawsze chwała!

Bóg litościwy i ciebie ratował,

I ojców twoich przy zdrowiu zachował.

Wzmogli się znowu po niszczącym boju

Z sierotą dzieląc owoce pokoju;

Chatkę i córkę stracili w potrzebie,

Dziś w nowej chacie uściskają ciebie".

Klękła Halina, Wiesław za Haliną,

A zamiast modłów łzy z oczu im płyną,

Łzy, które czystsze od rosy widzieli,

Które jak perły liczyli anieli.

A kiedy wstała, już uczuć nie kryje,

Ścisła Wiesława i Jana za szyje.

Śpieszą w podwórko, lecz ojców nie było,

Patrzy Halina, co się odmieniło.

Tak spodziewanych od pola czekali,

by Halinie wypoczynek dali.

Już też Stanisław od łąk wraca z kosą,

Idzie i żona, konicz krówkom niosą;

Naprzód z bławatem szła Bronika mała,

Gości w podwórku ojców wskazywała.

Chciał Jan, by Wiesław naprzeciw pospieszył,

Ażeby matkę szczęśliwą ucieszył.

Jak się witała rodzina złączona,

Jedno drugiemu oddając do łona,

Jakie pytania, dzięki, odpowiedzi,

Jako się zbiegli ciekawi sąsiedzi,

Jako Bronika starszą siostrę ściska,

Nie znając straty, a czując, co zyska -

Tego wam, moi mili towarzysze!

Jakobym pragnął, nigdy nie opiszę.

 

:) K O N I E C :D

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

WAWELE. Zostań z nami melodio

 

To nie deszcz, to sa krople

Chopinowskich nut. To nie szept,

to fortepian oddycha tak.

Nie znam slów, myśli znam.

Dlatego:

Zostań z_nami melodio,

co jest w Tobie ja wiem.

Jestes ogniem i woda.

Jestes prawda i snem.

Dlatego:

Zostan z_nami melodio,

co jest w_Tobie ja wiem.

Jestes ogniem i woda.

Jestes prawda i snem.

W_kazdym z_nas, tyle pragnien

nie ukrytych jest,

mija czas, lecz nielatwo

wyjawic je.

Tobie tez, ani mnie.

Dlatego:

Zostan z_nami melodio,

co jest w Tobie ja wiem.

Jestes ogniem i woda.

Jestes prawda i snem.

Dlatego:

Zostan z_nami melodio,

co jest w_Tobie ja wiem.

Jestes ogniem i woda.

Jestes prawda i snem.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

ŚLADY NA PIASKU

 

Sen miałem wczoraj.

Sen, jeden z niewielu,

jakie ma pamięć zachować zezwoli.

Plaża ogromna, dziewicza się ściele

a na niej Jezus, kroczący powoli.

 

Ujrzał mnie nagle. Przywołał do siebie.

Więc szliśmy brzegiem wśród ciszy i blasku.

Pogoda cudna--ni chmurki na niebie,

tylko za nami dwa ślady na piasku.

 

Nagle się niebo całunem zakrywa.

Jak na ekranie, widzę życie moje.

Scena po scenie szybko się rozgrywa,

przywodząc przeto radości i znoje.

 

My wciąż idziemy równym, wolnym krokiem,

niebiański ekran wciąż me życie toczy,

chronologiczne, każdy rok za rokiem.

To się uśmiechnę, to znów przymkne oczy.

 

Nagle niechcący do tyłu spojrzałem:

raz ślad się urwał, to znów był podwójny,

lecz się Jezusa zapytać nie śmiałem.

Na niebie właśnie nadszedł okres wojny.

Te przerwy w śladach spokoju nie dały!

 

Patrzyłem w niebo obojętnym okiem,

myśląc dlaczego ślady się zrywały?

A przecież szliśmy stale równym krokiem.

Wreszcie ciekawość wzięła mnie w okowy.

 

Spytałem: "Panie! Czemu nasze ślady--raz są podwójne

--pojedyncze znowu, bo wytłumaczyć tego nie dam rady?"

 

"Synu--Pan rzeknie--gdy jesteś w swym życiu

w niebezpieczeństwie, albo też udręce,

Ja czuwam stale, a czuwam w ukryciu

i w tych momentach biorę cię na ręce....

 

MARGARET FISHBACK

Share this post


Link to post
Share on other sites
ada    0

Ach... Ten listopad... Za szybko się zbliża. Chciałabym podzielić się dziś wierszem, który zawsze wywołuje u mnie emocje, a w ostatnim czasie stał się boleśnie aktualny...

 

Małżeństwo

 

Że tak im było dane

zestarzeć się jak świątkom przy drodze

tak samo spróchniali

tak samo

poorani mrozem i zawieją

 

Że tak im dozwolono

iść serce w serce

biodro w biodro

zmarszczka w zmarszczkę

 

Że tak im darowano

istnieć w sobie podwójnie

i milczeć wzajemnie

 

Że tak im dopuszczono

by nawet w sen wchodzili razem

on ją obejmował na poduszce

by o kamień snu nie zraniła stopy

 

Że tak ich wysłuchano

aby to on

czerwone jabłko niósł jej do szpitala

i ukląkł w jej ostatniej łzie

 

Anna Kamieńska

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jeżyk    43

Być liderem

 

Mały człowieczek idzie w me ślady,

Pyta o drogę, prosi o rady.

Zbłądzić nie mogę, choćby się chciało,

Bo pójdzie za mną pewnie i śmiało.

 

Oczka swe ciągle na mnie obraca

I naśladuje, to jego praca.

Jestem wyrocznią i nie dam rady,

Mały człowieczek, idzie w me ślady.

 

W wiosennym słońcu, w zimowym śniegu,

Rzeźbi i tworzy w marszu i biegu,

Na długie lata przyszłej dekady,

Mały człowieczek idzie w me ślady.”

 

John C. Maxwell "Bycie liderem"

 

W

Share this post


Link to post
Share on other sites
ada    0

Poemat o Chrystusie dziecięcym...

 

Zatopiony w zachód słońca umierał

na szczycie śmierci, na szczycie ziemi,

Kto myślą najstraszniejszą wywołał?

Kto głosami w noc nawoływał - ciemnemi?

Kto się groźniej uporał z ziemią

jednym uśmiechem życia wśród trwogi zakrzepłej krwi?

Kto dni odejmował po jednym

i malował przestrzenią dni?

Czy w ten wieczór płynący na ukos

nie zobaczył lęk oprawcy,

jak to ziemia ulatuje krukom

i czas martwy zwycięsko zastygł?

(...)

I obrócił oczy na prawo -

nagle otworzył pół ziemi.

Długo patrzył jej prosto w serce,

porozkruszał zdarzeń krzemień

i odpuścił. Umierało spokojnie

po prawicy jego pół ziemi

w jednych oczach, jedną prośbą: "Przemień".

(...)

I obrócił głowę na lewo z najcięższych spojrzeń najcięższym,

gdzie umierał najuboższy człowiek na najwyższym grzechów piętrze.

Nie odwrócił głowy na Boga,

patrzył w ziemi glinianą maskę.

Tylko ciężej oddychały krzyże

jak koląca prośba o łaskę.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Spadły dźwięcząc wrzeciądze nieba,

w czarny krzyk świat obrzękły się zapadł.

Ktoś pejzaże gliną ciemną pogrzebał

i przydusił słońca zapał.

Płakał serc rozgromiony obłok.

Matka z ciszy wypruwała lament.

Wyginały się pola aż obło

i spadały na ziemię łzami.

Wtedy głos nawoływał, przygasał i wywołał w najgłębszych tonach:

"O, eli. eli lama sabachtani".

Zapłakał Bóg człowieczy

i skonał.

(...)

Jakie to słabe słowa. Oto gasną strzępy

myśli i słońc umarłych, a na karty czarne

spadły ostatnie krople krwi jak sępy.

Jakim słowem słowo przerosłe ogarnę?

Takie są mity i pieśni. Rosną zielone dęby,

rosną groby na ziemi, czas odmierzają parniej.

A przecież gasną wieki - gołębie pustych listów.

Czemu jest zawsze samotny - gdy schodzi na ziemię Chrystus?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

Sign in to follow this  

×